Czuję chłód w środku lata. Powinienem być zrelaksowany i pełen nowych nadziei, a okazuje się, że jestem kłębkiem nerwów i wróciły mi objawy mojej psychicznej choroby, i nawet nie mogę się pochwalić porządnym borderline. To znaczy mam depresję na zmianę z katatonicznym wyobcowaniem, na zmianę z “no fajnie jest/będzie, ale przecież zawsze może być gorzej i przeważnie jest”. Dochodzi do tego intelektualny rozkład – czytam komiksy o Kaczorze Donaldzie i gram w Heroes Of Might And Magic. Zwijam się w pozycji embrionalnej, zaciskam zęby z rozpaczy, rozpaczy całkowicie czystej i pozbawionej racjonalnych przyczyn.
(Ostatnie zdanie to przykład udramatyzowania moich myśli.)
Poza tym, tak chciałbym to powiedzieć, ale wiem, że tego nie powiem. Bo nie ma sensu, bo idzie nowe, bo to, bo tamto. Bo liczy się przetrwanie, prawda? Wiem, ile osób zakrzyknie “prawda” i to już doprowadza mnie do płaczu.
A rzeczywistość jest jeszcze inna; przecież Shibuya to miejsce, którego nigdy nie zrozumiem.
Czy jestem stworzonym przez ludzką cywilizację potworem, bezzębnym, ale jednak?




























